Jurij Andruchowycz, Iwano-Frankiwśk

Fantazja na temat przejrzystości

Najsilniej związane z przyszłością plany, siłą rzeczy, muszą mieć oparcie w przeszłości. Jako że nie jestem historykiem, przeważnie widzę „przeszłość” w bardzo osobistym wymiarze, na przykład jako własne dzieciństwo. Zresztą, jakikolwiek tekst, który pretenduje do miana szczerego warto rozpocząć właśnie od niego.

Moje dzieciństwo przeminęło nieopodal dworca kolejowego w zachodnio-ukraińskim mieście Iwano-Frankiwśk, do niedawna jeszcze Stanisławów. Topograficzna bliskość torów kolejowych nieuchronnie zwiastowała miłość do pociągów. Zatrzymywało się ich na naszej stacji nie tak znowu wiele – jedynie sie dem lub osiem każ dej doby, je den z nich był jednak międzynarodowym. Wiadomo o nim było również, iż jest to pociąg pospieszny oraz że kursuje od morza do morza. Rzeczywiście, w okresie swojej świetności łączył on polski Gdańsk z bułgarską Warną. Przeważnie określano go u nas mianem „warszawskiego”, ponieważ na tabliczkach wagonów czasem widniał napisz „Warszawa-Sofia”, czasem „Warszawa-Bukareszt”, czasem „Warszawa-Konstanca”. Kursując na południe przybywał on do nas wieczorem, gdzieś między dziewiątą i dziesiątą i po postoju trwającym kwadrans, wyruszał w dalszą drogę, w kierunku Czerniowiec i granicy rumuńskiej. Wiadomo było o nim również, że zawsze podróżują nim Polacy. Ci Polacy jechali tranzytem i nie mieli prawa wyjść na peron, tak więc patrzyli na nas przez okna wagonów. Zdaje się, że to było związane z tym, iż Iwano-Frankiwśk, z jakichś wielce strategicznych przyczyn, był miastem całkowicie zamkniętym dla cudzoziemców, wszelkich cudzoziemców, nawet dla tych naszych, socjalistycznych. Tak więc oni patrzyli na nas, a my na nich i teraz już nawet nie wiem, komu z nas było lepiej, pewnie jednak im, bo w końcu to oni dokądś tam jechali. Domyślam się, że wielu z nich przyciągała do okien nie tylko podróżnicza ciekawość. W ten czy inny sposób, oni wszyscy musieli być jakoś powiązani z krajem, przez który przejeżdżali. Opowiadania przekazywane w ich rodzinach (nie mam żadnych wiadomości odnośnie szkolnego programu nauczania z historii) mówiły o tym, że kraj ten niegdyś należał do nich, tak więc ich spojrzenia szukały prze de wszystkim jakichś śladów tego. Tymczasem obecność polskich śladów była całkiem widoczna w mieście, w czasach mojego dzieciństwa. Na przykład w kioskach zawsze sprzedawano PRL-owską prasę, partyjną i nie całkiem partyjną, kobiecą, sportową, dziecięcą i jakąkolwiek inną, włącznie z „Przekrojem” i „Szpilkami” (według mnie te ostatnie były trochę niedoceniane przez władze radzieckie: nasi rodzice, których swojego czasu zmuszono do wyuczenia się naukowego komunizmu, po prostu skręcali się ze śmiechu ujrzawszy na jednej z karykatur odwrócone w przeciwległe strony pośladki jednego i tego samego tyłka z podpisem „konflikt nieantagonistyczny”).

Jednak obecność polskiej prasy sama w sobie oznaczała, że było komu to wszystko kupować. Przypuszczam więc, iż istniała wówczas w mieście znaczna polskojęzyczna lub przynajmniej czytająca w języku polskim mniejszość. Przypuszczam również, że byli to przeważnie ludzie starsi, a ostatni spośród nich musieli umrzeć gdzieś w pierwszej połowie lat 80., jako że nie przypominam sobie, bym od tego czasu widział tę prasę w naszych kioskach. A może przyczyną tego była „Solidarność”?

W każdym razie coś musiało się zmieniać, o czym najwyraźniej świadczył los „pociągu warszawskiego”, który niesamowicie skrócił się na przestrzeni lat – rzecz nie w tym, by ubyło w nim wagonów, a w tym, że nie jeździł on już od morza do mora. Najpewniej rozdzielono go na kilka „pociągów wewnętrznych”. Własny pociąg dla każ dego kraju, tak trzeba by to rozumieć. Tak więc nam pozostało zajmować się wyłącznie jego ukraińsko-radzieckim fragmentem. Pociąg przestał kursować do Polski ze względu na stan wojenny, a do Rumunii zapewne z powodu Ceausecescu. Często korzystałem z niego będąc stu dentem (szybkość!), jednak tylko między Lwowem i Frankiwśkiem. Na ile mi się zdaje, na zachód od Lwowa pociąg wówczas już nie kursował. Jak gdyby autentyczna żelazna kurtyna zawisła właśnie nad zachodnią granicą ZSRR. To może wydawać się absurdalne, wszak od zachodu ZSRR nie graniczyło z agresywnymi imperialistami, uzbrojonymi po zęby militarystami czy też spragnionymi zemsty rewanżystami, a wyłącznie z bratnimi krajami socjalistycznymi. A jednak od czasu do czasu coś tam w tych krajach się zdarzało i w oczach władzy radzieckiej ci bracia stawali się bardziej niebezpieczni niż zaciekli wrogowie...

 

Zachodnia granica państwowa Ukrainy jest całkowitą kalką (co według mnie nie jest wcale taką złą rzeczą) zachodniej granicy ZSRR w jego ukraińskiej części. Na zachodzie graniczymy z czterema państwami – z Polską, Słowacją, Węgrami i Rumunią. Nie trzeba wcale być Milanem Kun derą, by odnaleźć dla tych państw jakieś wspólne kulturalno-historyczno-geograficzne oznaki. Wystarczy popatrzeć na architekturę tamtejszych stacji kolejowych. Za zachodnią granicą Ukrainy znajduje się więc Europa Środkowowschodnia, która wskutek dowcipnie rozegranej partii szachów z kilkoma gwałtownymi kombinacjami wkrótce stanie się po prostu Europą, przynajmniej nominalnie. Chodzi więc nie o co innego, jak o niebezpieczeństwo wchłonięcia. W porządku, jeśli określenie „niebezpieczeństwo wchłonięcia” jest sformułowaniem nazbyt dramatycznym i paranoidalnym, można odwołać się do pozytywistycznego określenia „zacierania granic”.

Ale Europa Środkowowschodnia mimo wszystko musi gdzieś tam na tym świecie pozostać, bo nie można żyć na świecie bez Europy Środkowowschodniej. Być może migruje (dryfuje?) ona w kierunku Ukrainy, a przynajmniej jej zachodniej części?

Po odbywających się w stanie zamroczenia alkoholowego zmianach politycznych na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku, można było spodziewać się nawet takich cudów, jak reaktywacja „pociągu warszawskiego” w całości. Co więcej, reaktywacji na innej cywilizacyjnie zasadzie: absolutnej wolności przemieszczania się oraz stałych i dynamicznych kontaktów. I (to wyglądało bardzo interesująco) Polska i Ukraina miałyby o degrać w tych procesach całkiem harmonijny duet. Tymczasem Ukraina okazała się zbyt wielką, nacechowaną zbyt wielkimi przeciwnościami, zbyt powolną, zbyt opieszałą jak na taką grę. Innymi słowy, okazało się, iż przejście na ogólnoeuropejską szerokość torów kolejowych było zadaniem ponad jej siły (a dla zbyt wielkiej liczby jej mieszkańców również rzeczą niezbyt pożądaną). Przynajmniej w okresie czasu, który rozpoczął się w sierpniu 1991 roku. Oczywiście rzecz nie w szerokości torów jako takich – o ile wiem, w krajach półwyspu iberyjskiego ta szerokość jest również odmienna, co nie wpływa ujemnie na możliwości integracyjne Hiszpanów i Portugalczyków. Z Ukrainą rzecz ma się zupełnie inaczej. Jej głębokie zanurzenie w radzieckie, tak więc i post-radzieckie standardy antropologiczne okazało się zjawiskiem istotnym, nad którym będzie musiało pracować i pracować niejedno pokolenie tych obywateli, którzy nie chcą i nie mogą pogodzić się z takimi standardami.

Jednak część odpowiedzialności za „ukraiński brak perspektyw” przez długi czas obciążać będzie zachodnioeuropejskich architektów nowej eurobudowli, w odróżnieniu od Polaków czy obecnie również Litwinów – naszych stałych, ale, nie da się ukryć, mało wpływowych w tym pragmatycznym świecie, adwokatów. Jak się wydaje, oni wyzbyli się stereotypu związanego z położeniem Ukrainy w „rosyjskiej części świata”. Począwszy od 1992 roku dosyć regularnie bywam na Zachodzie i, chociaż moje doświadczenia w kontaktach z tzw. osobami z oficjalnych kręgów są niemalże równe zeru, mam wystarczająco wiele innych doświadczeń. Z decydowana większość zachodnich znajomych, dowiedziawszy się skąd przybywam, usiłuje sprawić mi przyjemność (bo w to nie wątpię), cytując rosyjską poezję lub wychwalając rosyjski balet. Nie mam nic przeciwko temu, poza tym, że czuję się jakoś niezręcznie, gdy obdarzają mnie komplementami, które należą się innym.

Ewi dentnie jest w tym jakaś konkretna kolejowa logika, bo, być może, a nawet faktycznie,

o ile wygodniej jest zatrzymać pociąg nr 76 (były „warszawski”) na dodatkowym „radzieckim” torze w Przemyślu, aniżeli zająć się długą i mozolną zamianą jego kół, która umożliwiłaby mu dalszą drogę na Zachód.

Bo obecnie pociąg ten kursuje jedynie z Czerniowiec i tylko do Przemyśla. Tak jak gdyby dawno przestały nas interesować morza, zarówno Bałtyckie jak i Czarne. Osobiście uważam, iż pociąg nr 76 w całej swojej krasie jest żywym wcieleniem ogólnego stosunku Ukraińców do Polski. Nie kryje się za tym żadna metafizyka, czy też filozofia, w szerszym znaczeniu tego słowa. Chodzi o towar, pieniądze i znowu towar, o ogromne kraciaste torby, o przewóz papierosów i alkoholu, o przemyskie targowiska i hurtownie, wreszcie o możliwość materialnego przetrwania. Chodzi o szczególny rodzaj układów pomiędzy służbami granicznymi, obsługą pociągu oraz jego pasażerami. Pośród tych ostatnich, wiele jest takich osób, które każ dego dnia trafiają do Polski na kilka godzin, by zaraz wrócić z powrotem. Skomplikowane z punktu widzenia historycznego więzy łączące Ukraińców i Polaków, włączając w nie akcję „Wisła” oraz tragedię wołyńską są dla nich sprawą na tyle odległą, iż nawet niezręcznie byłoby zadać im jakiekolwiek pytanie na te tematy. Dla nich o wiele bardziej skomplikowanymi i problematycznymi wydają się układy łączące ich z celnikami po obydwu stronach granicy, a także stosunki z hurtownikami, pracodawcami i właścicielami.

Natomiast o ogólnym stosunku Polaków do Ukraińców przeczytałem gdzieś pod koniec ubiegłego roku. W przedrukowanym z polskiego źródła artykule pisano o wynikach kolejnego sondażu na temat „Kogo najbardziej lubimy/nie lubimy?” (jest to moje własne sformułowanie, jednak jego istota nie odbiega od rzeczywistego przedmiotu badań). Okazało się, że od czasu poprzedniego takiego sondażu, wyniki Ukrainy nieco się poprawiły: w oczach Polaków awansowaliśmy na czwarte miejsce od końca. Ostatnie miejsce tradycyjnie zajmują „Cyganie”. Jeżeli wziąć pod uwagę to, że o jedno oczko lepiej wypadli „Rumuni” (tak naprawdę i oni są „Cyganami”), realna pozycja Ukraińców nie jest czwartą, a trzecią od końca. A byłaby drugą, gdyby po wydarzeniach 11 września 2001 roku nie wyparli nas z tego miejsca „Arabowie”. Szczerze mówiąc stan naszych stosunków jest nie tylko daleki od i deału – po prostu wieje zgrozą, jednak na swój sposób spotyka się on z wzajemnością. Ze strony ukraińskiej występuje niemalże całkowity brak jakichkolwiek refleksji, historyczno
-kulturalna apatia. Z polskiej strony niezmiennie trwa negatywny stereotyp. Powtarzam, mam na myśli stosunki pomiędzy zwykłymi ludźmi, chociaż mając na uwadze fakt, iż tych zwykłych ludzi jest w każdym społeczeństwie więcej niż dziewięć dziesiątych, wątpię czy można ich stosunki zlekceważyć.

A po to, by nakreślić jeszcze bardziej ponury obraz sytuacji, odniosę się do rozkładu jazdy kolei. Od 15 listopada ubiegłego roku, pociąg nr 76 Ukrzaliznyci (Kolei Ukraińskich) relacji Czerniowce-Przemyśl, kursuje do Przemyśla już nie codziennie, a jedynie co drugi dzień. Nie wątpię, że ta mało istotna z punktu widzenia kolei zmiana była bezpośrednio związana z procesem, którego nie sposób określić jako nieistotny, a który nazywa się rozszerzeniem UE. Czy może tylko tak mi się wydaje?

 

Nie mam żadnego wpływu na Ukrzaliznycę ani na PKP, a jednocześnie bardzo chciałbym, aby między naszymi krajami bez żadnych przeszkód kursowały nowe pociągi. Pozostaje mi więc stworzenie alternatywnego pociągu, posiadającego inne możliwości lokomocyjne, a nawet nawigacyjne. Pomysł narodził się parę lat temu w Czerniowcach: niechaj to będzie czasopismo i niechaj ukazuje się wirtualnie. I niechaj pokonuje wszelkie możliwe problematyczne granice – nie tylko ukraińsko-polską, chociaż życzyłbym sobie w nim widzieć najwięcej tekstów ukraińskich i polskich. Pasażerami tego pociągu będą czytelnicy, a obsługą – redakcja. Jeżeli chodzi o autorów, to będą się oni pojawiać na poszczególnych stacjach. Znajdujecie na mapie trasy pociągu ciekawą (albo nieciekawą) z waszego punktu widzenia stację, klikacie na niej myszą i widzicie nazwiska. Klikacie na którymkolwiek z nich i otwieracie przesłanie, albo, jeśli wydźwięk tego słowa wydaje się zbyt głośny, po prostu tekst.

Ja na przykład bardzo chciałbym, by zjawiły się tam przełożone na język ukraiński, przejmujące reportaże Pawła Smoleńskiego, z jego książki pt. „Pochówek dla rezuna”. Polski dziennikarz napisał o rzeczach do granic strasznych i gorzkich, związanych z całym kompleksem dotychczas ostatecznie nie rozwiązanych problemów, o akcji „Wisła” w najszerszym i najtragiczniejszym jej aspekcie. Nieraz pyta mnie: kiedy doczekam się, że ktoś ze strony ukraińskiej napisze choć taką samą książkę o Wołyniu? A ja nie mogę udzielić żadnej odpowiedzi, chociaż wiem, że z początku konieczne byłoby wydanie jego własnej książki na Ukrainie, w języku ukraińskim. Być może posłużyłoby to komuś za przykład, zachętę, wyzwanie.

Ogólnie mówiąc, chciałbym widzieć w tym pociągu jak największą liczbę tekstów wywodzących się z nowej polskiej i nowej ukraińskiej literatury. Tej, którą pisze się obecnie, która powstaje na naszych oczach. Andrzeja Stasiuka znają już na Ukrainie, przekładają i omawiają. Jednak jest jeszcze jakaś dziesiątka (co najmniej) nazwisk, które są nam teraz bardzo potrzebne. Tak by choć w taki sposób utrzymać równowagę w tłumaczeniu i wydawnictwie.

W pociągu tym, jak to zwykle w pociągach bywa, będą wagony pierwszej klasy (teksty literackie) i drugiej klasy (kulturologia, polityka, reportaże, wywiady). Będzie wagon sypialny, przeznaczony dla klasyków, a dokładniej dla autorów, których nie ma już wśród nas. Wagon pocztowy dla nowinek i korespon dencji. Wagon restauracyjny musi tętnić życiem, bo to właśnie tam będę mieć miejsce wszelkie prowokacje i mistyfikacje. Będzie specjalny wagon dla multimediów. Wagonu aresztanckiego, mam nadzieję, nie będzie.

Jednak najistotniejsze znaczenie w istnieniu pociągu będzie miał tambur.

Wątpię, czy to słowo da się przełożyć na jakikolwiek inny język. Określa ono realia charakterystyczne wyłącznie dla kolei w dawnej radzieckiej przestrzeni. Tambur to specjalne pomieszczenie w końcu wagonu, w którym można palić. Tak więc znaczna część podróży koleją w naszym kraju mija w tamburach. Wychodzi się tu by porozmawiać o najważniejszych rzeczach, bliżej się poznać, poflirtować, wypić z butelki kolejną dawkę alkoholu, pokłócić się, nieraz nawet wychodzą tu się pobić. Tambur naszego pociągu będzie tak naprawdę forum dyskusyjnym. To właśnie w nim dziwna, ale całkiem realna wspólnota naszych przyszłych pasażerów (wiem, że ona istnieje!) będzie mogła omawiać wszystkie sprawy na świecie, albo przynajmniej wszystko, co powinni omawiać Ukraińcy, Polacy i inni „Cyganie”. O ulubionych i znienawidzonych tekstach, o stereotypach, apatii, barierach niezrozumienia, roszczeniach terytorialnych, poszukiwaniach winowajców, wzajemnym odpychaniu się i przyciąganiu, o Francuzach i o Niemcach, jak również, bez wątpienia, o Amerykanach, o akcji „Wisła” i o tragedii Wołyńskiej, o roku 18. i o 81., o terroryzmie i o globalizacji, ba, nawet o cenach będzie można tam porozmawiać: ile kosztuje benzyna, ile granica, ile miłość, nienawiść, a ile życie. Chciałoby się, by było ono wiecznym, a granice przejrzystymi. Jeżeli jednak nie uda nam się niczego osiągnąć w sprawie otwarcia oficjalnych granic, tak czy tak stworzymy własne pojęcie przejrzystości. A jeżeli będziemy zmuszeni posunąć się do działań partyzanckich, to przynajmniej przekopiemy jakiś tunel od Przemyśla do Atlantyku. A może i dookoła świata.

Jeszcze raz czytam to, co napisałem do tej pory i czuję, że trochę kręci mi się w głowie. By nieco się uspokoić, warto znów powrócić w przeszłość, znaleźć się na peronie stacji Iwano-Frankiwśk w upalny letni wieczór gdzieś pod koniec lat sześćdziesiątych i doczekać się przyjazdu „warszawskiego”. W oknach wagonów twarze Polaków, którym nie wolno tu wychodzić. I my znów patrzymy jedni na drugich - my z peronu, a oni z pociągu, i trudno wyobrazić sobie większą rozdzielność.